25 sierpnia 2016

Słowiańsko-wikińskie symbiozy

Kolejne odkrycia archeologiczne w Polsce odsłaniają coraz więcej kontekstów skandynawskich z okresu powstania państwa Piastów, które coraz mocniej wskazują, że tereny polskie w epoce Wikingów nie były wyjątkiem - czysto słowiańską oazą, lecz poddane podobnej penetracji kulturowej Skandynawów, jaka miała miejsce wśród wszystkich pozostałych plemion w obrębie basenu Morza Bałtyckiego oraz wśród państw basenu Morza Północnego.

Nie należy gubić z pola widzenia faktu, że w okresie wędrówek ludów pewna część plemion nordyckich nie opuściła swoich siedlisk w Prusach, na Pomorzu i na Połabiu  i mniej lub bardziej wymieszała się etnicznie i kulturowo z przybyłymi tam w VI-VII wieku plemionami słowiańskimi. W wydanym w końcu VI wieku, na zamówienie (a być może przez niego samego) cesarza bizantyjskiego Maurycego podręczniku wojennym Strategikon (którego niepewnego autora niektórzy historycy nazywają w mylący sposób "Pseudo-Maurycym"),  mowa jest o Słowianach, jako o ludach które - nie tak jak inne narody, zatrzymują jeńców wojennych na stałe, ale "wyznaczają im określony czas, po którym pozostawia się ich woli, czy zechcą wrócić do swoich z pewnym wynagrodzeniem, czy pozostać na miejscu jako wolni i przyjaciele". Być może jest to obraz trochę wyidealizowany, tym nie mniej sygnalizuje pewną otwartość Słowian na obcych, sugerującą ich zdolność współżycia z nimi, a zapewne też i wzajemnego mieszania etnicznego.

Do ilustracji obok pozwolę sobie przytoczyć cytat autora blogu, który ją zamieścił (forgive me his Russian): "Interesting approach! You often see Viking ship being pulled on tree trunks, which has virtually never happened! In southern Europe, near the Black Sea, their ships were pulled on carts! This required the help of the local population! Which clearly shows, that rather than beeing pirates and raiders, as so called "historians" (fuck 'em!!!) want us to believe, they had trade agreements with the people whose countries they were travelling through!". Autor słusznie zwraca uwagę na fakt, iż istniała konieczność współpracy Wikingów z lokalnym ludem w miejscach przemieszczania dużych łodzi na płozach. Nie można jednak wykluczyć - uwzględniając ich doświadczenie i pomysłowość, że w niektórych miejscach przewłok o twardym podłożu, jak przy porohach Dniepru, używano także toczących się bali. Opisując wyprawę Waregów na Konstantynopol w 941 roku, uczestniczące w niej okręty Nestor  nazywa skedia, czyli po nordycku łodzie, które można ślizgać po ziemi.

Z drugiej strony, nadużywając wagi doniesień pozostawionych przez chrześcijańskich mnichów i kronikarzy o Wikingach jako piratach, brutalnych, prymitywnych i żądnych krwi i bogactwa barbarzyńcach, przez Thietmara określani m.in. jako "psy nieczyste", "jaszczurczy pomiot", a pomniejszając cywilizowaną stronę Skandynawów, jaka w źródłach pisanych i archeologicznych zdecydowanie dominuje nad tą pierwszą, polscy historycy malują od lat nieuczciwy naukowo, komiksowy obraz w rodzaju "Wikinga z rogami". Tak jak na okładce polskiego wydania książki popularnej, niezupełnie naukowej, Else Roesdahl "The Vikings" ("Historia Wikingów", 2001).

Dlatego nie ma w naszej historiografii zbyt wiele miejsca na koegzystencję i współpracę między Słowianami i Wikingami, która także funkcjonowała - nie na wyimaginowanej zasadzie "jak równy z równym", bo takiej równości nie było i być nie mogło, ale na zasadzie respektowania drugiej strony. Cesarz bizantyjski Konstantyn VII Porfirogeneta w swoim traktacie "De administrando imperio" w AD 952 pisał, że Słowianie są jednocześnie trybutariuszami i sprzymierzeńcami Rusów. Stawianie Wikingów wyłącznie w opozycji do Słowian, a pomijanie ich wzajemnej symbiozy kulturowej i etnicznej, jaka z pewnością także miała miejsce, stworzyła pożywkę do czarno-białych, a więc nienaukowych, teorii normańskich i słowiańskich.

Trzeba jednak Thietmarowi oddać, że mimo swego ostrego temperamentu kronikarza, przy którym nazywał "Longobardów dzikich", "Danów dzikich", "Greków ze zwykłą chytrością", "Rzymian z ich słowami kłamliwymi", to stać było go na samokrytycyzm i ludzkie przyznanie się do słabości: "Otom jest nędznik popędliwy bardzo i nieskory do dobrego, zazdrośnik szydzący z drugich i sam na szyderstwo zasługujący ..." Swoją kronikę pisał w pierwszym rzędzie jako biskup, a nie Niemiec - jak mu niesłusznie chyba przypisuje się czasami w polskiej historiografii. Trudno mieć pretensje, że reprezentował interes Kościoła, i to w czasach kiedy nawet papież podlegał władzy cesarskiej. Pamiętajmy, że w historii Polski, tak jak i każdego innego kraju, interes Kościoła nie zawsze był tożsamy z interesami poszczególnych krajów, bez względu na to czy przewodził Kościołowi cesarz czy papież.

Thietmar wyraźnie uważał się za Saksona, która była - można by powiedzieć w dzisiejszych kategoriach, jego "małą ojczyzną". Odróżniał swój kraj od zachodnich nacji Cesarstwa, które i ich kraje między sobą także zawsze rozdzielał: Alamania-Szwabia, Frankonia, Lotaryngia, Alzacja, Burgundia, Fryzja, Karyntia. Mając wyraźnie na myśli te wspomniane kraje, pisze o "zuchwałych i niegodziwych poczynaniach ludzi z Zachodu", przytaczając zaraz dowody na to, jak złe były działania konkretnych ludzi z Alamanii, Alzacji i Lotaryngii. O Saksonii natomiast pisał tak: "[Król Henryk II] ... odwiedził Saksonię, ten rajski ogród tonący w kwiatach, jak często nazywał ów kraj dla jego poczucia bezpieczeństwa i pełni życia."

Oto z boku alegoryczna scena w stylu bizantyjskim przedstawiająca koronację Henryka II przez ... Chrystusa, zawarta w Sakramentarzu św. Henryka II z AD 1002-1014. Zgodnie z bizantyjskim wizerunkiem Boga uosabia go postać tzw. Chrystusa Pantokratora w mandorli, z głową otoczoną nimbem krzyżowym, który umieszcza koronę na głowie króla. Typowe dla sztuki bizantyjskiej jest przedstawianie wizerunku Chrystusa żyjącego i ubranego w szaty, podczas gdy po schizmie w Kościele od końca XI wieku coraz częściej, szczególnie w sztuce gotyckiej i renesansu, przedstawiano Chrystusa cierpiącego, ukrzyżowanego, półnagiego i umarłego. O charakterystycznych cechach ikonografii bizantyjskiej, powszechnych w europejskiej sztuce wczesnego średniowiecza będziemy tutaj jeszcze mówić.

Thietmar nie był moim zdaniem ani "niemieckim nacjonalistą", ani "Polakożercą", jakimi to łatkami obdarzają go co bardziej "patriotyczni" historycy. Jeden tylko raz w swojej kronice dokonał kwalifikacji Polaków jako tych, których "... słowo posiada małą lub żadnej zgoła nie ma wartości". Zważmy, że nie wahał się oceniać krytycznie  tak swoich germańskich współbratymców, jak i Słowian, Włochów, Greków czy Skandynawów - przecież też Germanów, ani nawet samego siebie.

Rozumiał obiektywne powody sprzeciwu Słowian wobec cesarstwa ottońskiego jak ten, kiedy "Ludy, które po przyjęciu chrześcijaństwa podlegały naszym królom i cesarzom płacąc im trybut, doznawały wielkiego ucisku, wskutek buty (łac. superbia) księcia Teodoryka, jak jeden mąż schwyciły za broń" (w AD 983). I dalej: "Nasze bowiem grzechy przydawały nam strachu, a im męstwa" (nostra etenim facinora nobis formidinem et his suggerebant validam mentem)Jako kronikarz i jako człowiek był moim zdaniem dużo bardziej rzeczowy i wiarygodny, mimo wielu przytaczanych "cudów", niż na przykład nasz "Mistrz Wincenty" Kadłubek (ale to już czas rodzącej się świadomości narodowej). W całej Kronice tylko raz pojawia się słowo Niemcy i to dotyczące nie państwa, ale ludzi - dla odróżnienia ich od (mówiących po włosku, bowiem ich germański język lombardzki pod koniec pierwszego millenium, od czasów ich inwazji na Italię w AD 568, już w tym kraju wymarł) Longobardów. Jeszcze wiek później nasz Gall Anonim ani raz nie użył słowa Niemcy dla określenia kraju; zawsze chodziło o ludzi innych niż Polacy. To nie był jeszcze czas i miejsce w historii Europy na nacjonalizm, o czym wiedzą rzetelni, uczciwi historycy.

Pierwsze pojawienie się w kronice Thietmara, tak zresztą jak i w innych źródłach historycznych z przełomu X/XI wieku, określenia naszego kraju nie wiąże się jeszcze z nazwą państwa lub jego ludności, chociaż kronikarz tak precyzyjnie określa inne od dawna osiadłe i zidentyfikowane słowiańskie plemiona, jak na przykład Łużyczan i Słupian, ale mówi o "Mieszku wraz z jego poddanymi" ("... Miseconem quoque cum sibi subiectis"). To władca identyfikował nasz świeżo powstały kraj, a nie jego ludność. W czasach Mieszka I nie wiedziano prawdopodobnie jak nazwać jednym słowem mieszankę różnych plemion i ludów, nad którymi panował ten władca. Zostali oni dopiero wymienieni w epitafium na grobowcu Bolesława Chrobrego: Słowianie, Goci i Polanie, do czego jeszcze wrócimy. Oto fragment Kroniki, z wykonanej szczęśliwie fotokopii manuskryptu w 1905 roku. Oryginalna księga spłonęła w czasie bezsensownego (żeby nie powiedzieć - barbarzyńskiego)  bombardowania Drezna przez aliantów w 1945 roku.

Niech przykładem innego niż z chrześcijańskiej perspektywy opisu Wikingów, będzie cytat z "Księgi cennych klejnotów" z lat 903-913 Ahmada ibn Rustaha, perskiego geografa i astronoma, który po wizycie na Rusi pisał m.in. o Waregach, że są odważni i lojalni wobec siebie, noszą się czysto, lubią bufiaste spodnie, ciasne poniżej kolan, zajmują się handlem skórami i futrami, za które pobierają opłaty w monecie. I dalej: "Dobrze traktują swoich niewolników, noszą wspaniałe ubrania, ponieważ wkładają wielki wysiłek w swój handel. Posiadają wiele miast. Mają nastawienie jedne z najbardziej przyjaznych wobec cudzoziemców i wobec tych, którzy szukają (u nich) schronienia".

W anglo-saksońskich kronikach mówi się o osiedlających się w Anglii Wikingach jako o "dziwakach czystości", ponieważ myją się raz w tygodniu, podczas gdy tubylcom wystarczała kąpiel raz lub dwa razy do roku. Mimo opinii negatywnych o czystości Wikingów, jakie przytaczają czasami historycy, warto pamiętać że o ich higienie może świadczyć fakt, że w ich epoce - kiedy regularnie, dużymi falami przemieszczali się w wyprawach wojennych i szlakami handlowymi od Bliskiego Wschodu po krańce Szkocji, Europa nie zaznała epidemii na taką skalę, jak w okresie wypraw krzyżowych. Już wcześniej, w Regensburgu (Ratyzbona, za Rzymian Castra Regina) - stolicy europejskiego handlu z Orientem w wyniku epidemii dżumy w 1094 roku, w ciągu 12 tygodni zmarło ponad osiem tysięcy ludzi.

Czasami zbyt pośpiesznie i po megalomańsku wyrokujemy, że u zarania swojej obecności nad Łabą, Odrą i Wisłą Słowianie wchłonęli "z butami" resztki skandynawskich tubylców, czyli zeslawizowali ich kompletnie na długo przed pojawieniem się Wikingów. Miałoby z tego jakoby wynikać, że dominujący liczebnie Słowianie nie mogli w szerokim zakresie przyjmować od miejscowych Skandynawów nowych dla nich elementów kulturowych. Pierwsze kontakty Słowian w plemionami nordyckimi (Gotami i Gepidami) miały miejsce już w III-V wieku, kiedy to ich drogi skrzyżowały się na Wołyniu i Podolu, w trakcie migracji tych pierwszych nad Morze Czarne, a tych drugich ku Bałtykowi. Pomorzanie i Połabianie zetknęli się w VI-VII wieku w południowym pasie nadbałtyckim z resztkami Gotów, Gepidów, Burgundów, Wandalów i Langobardów, którzy nie wywędrowali na południe i zachód Europy.

Pojawienie się wśród nadbałtyckich Słowian w końcu VIII wieku Wikingów i - w tym samym okresie, słowiańskich kobiet i rzemieślników (ceramika typu Feldberg) w Skandynawii, mogło mieć charakter konfrontacyjny (niewolnicy, jeńcy wojenni) lub być akceptowane przez obie strony (dobrowolna współpraca). Zważmy, że nasi historycy ceramikę stylizowaną na słowiańską (typu Feldberg, Menkendorf), znajdowaną w południowej Danii, do znudzenia nazywają "importami", podczas gdy przeprowadzone na niektórych egzemplarzach tej ceramiki badania tak zwaną metodą podatności magnetycznej wykazują, że ceramika ze wzornictwem słowiańskim była wyrabiana z miejscowej gliny. Z podobnego okresu (czasy Kanuta Wielkiego) pochodzi "ceramika angielska" odkryta w Viborg (Jutlandia) i Lejre (Zelandia), która wyrabiana była z miejscowej gliny. Zgodnie z datowaniem znajdowanych egzemplarzy staje się widoczne, że w okresie od końca X do początków XII wieku prowadzona była istotna, długotrwała i stabilna wymiana tradycji i idei pomiędzy wybrzeżami Danii i Połabia/Pomorza; nie tylko, a nawet nie tyle wymiana towarowa, co obustronna migracja i interakcja kulturowa.

Na pokojowe współżycie Słowian i Normanów na ziemi skandynawskiej zdają się wskazywać aktualne lub historyczne toponimy słowiańskie, na przykład kilka zawierających nazwę "górka" (np. Lille Gorker), "krąg" (Krang) i inne: Dalleche Land (Dalekie, Daleki Ląd), Dolgemost (Długi Most), Dalgobrod (Długi Bród). Najczęściej spotykane są nazwy z końcówką -itse (-ice) lub przedrostkiem vind-, od Vindland, oznaczającym ziemie Połabian i Pomorzan, występujące na duńskich wyspach Ærø: Vindeballe; Langeland: Vindeby, Vindeltorp; Lolland-Falster: Billitse (Bielice?), Billitse Holme, Binnitse (Binice?), Binnitse Mark, Jerlitse (Jerlice?) Mark (Jerlitseborg), Korbelitse (Korabelice?), Korselitse (Kølæliz - ta najstarsza zachowana nazwa pochodzi z XIII wieku), Kramnitse, Kramnitse Gab, Kramnitse Havn, Kuditse (Kłudzice?), Revitse (Rewice?), Tillitse (Tylice?), Tillitsegaard, Vinda Saby (Wyndasæby), Vindeby; Vindeholme; Sjælland: Vindbyholt, Vindeboder (Windebothæ - nazwa znana od AD 1291, prawdopodobnie najstarsze miejsce handlowe w Roskilde - pierwszej stolicy Danii, gdzie w AD 987 sprowadzono z Wolina i pochowano zwłoki Haralda Sinozębego),Vinderod, Vinderup, Vind Helsinge; Tåsinge: Vindeby, a także prawdopodobnie na Bornholmie: Grødby, o którym piszę w artykule "Zagadka bornholmskich rotund"). Chociaż nie ma śladów nazw słowiańskich w Skanii, to w tej szwedzkiej prowincji, jak i w bardziej na północ położonej Östergötland znajdowane są archeologiczne dowody wczesnośredniowiecznej obecności Słowian.


Na wyspie Falster, w pobliżu miasteczka Stubbekøbing, jest miejsce zwane Fribrødre Å, w którym archeolodzy duńscy odkryli pozostałości portu lub stoczni z końca XI wieku. Zawijały tam lub być może były budowane albo naprawiane statki o cechach, jakie znajdowane są we wrakach wikińskich na południowym brzegu Bałtyku (uszczelnienie poszycia mchem, drewniane kołki zamiast żelaznych nitów). Sama nazwa miejsca interpretowana jest jako słowiańskiego pochodzenia - "Prybrode", czyli "przy brodzie" (płytkim miejscu). W roku 1354 zwano je Pribrød, a w księdze lennej z 1682 roku jako "Pri Brødres Agre". Pisane źródła wskazują, że miejscowość ta, zwana w epoce Wikingów Snekkebjerg, a także Snekkersten, miała kontakty z połabskim Wyszemirem (dzisiaj meklemburskim Wismarem) w 1282 roku. Snekke to po duńsku wąż - jeden z ulubionych wikińskich emblematów, a również pod nazwą snekkja - rodzaj wikińskiego okrętu wojennego. Oto powyżej zdjęcie odkrytych tam szczątków okrętowych (foto: Vikingeskibsmuseet, Roskilde).

Na wyspie Falster znanych jest około dziesięć nazw topograficznych, zawierających słowo Gnemer, wywodzące się od słowiańskiego imienia Gniemir, czyli Gniewomir. Pochodzący z 1231 roku królewski rejestr nieruchomości na tej wyspie zawiera informację, że pewien  Gnemer posiadał na tej wyspie wieś. Duński historyk Saxo Grammaticus w swojej kronice "Gesta Danorum", pisanej pod oczekiwania swojego pryncypała - biskupa Absalona (wielokrotnego najeźdźcy na Pomorze) podaje, że "Guemmerus Falstricus" był w AD 1170 pijakiem i oszustem ("svindler"). Kronikarz uważał, że "Guemmerus ma zbyt ścisłe związki ze Słowianami i ujawnia im nasze (duńskie) plany wojenne" (Is Guemmerus nimia Sclavorum familiaritate corruptus nostrę gentis consilia latenter eis prodere consueuerat). Dzisiejsza wieś na tej wyspie Sønder Grimmelstrup miała historyczną nazwę Gnemærsthorp.

Przywołajmy tu przykład odwrotny - trwałej obecności Skandynawów na Pomorzu, z tego samego okresu, co powyższa wzmianka o Gniewomirze, właścicielu wsi na wyspie Falster. Pod dokumentem z AD 1221 w którym książę Rugii Barnuta, syn Jaromira I, uwłaszcza majątkiem cysterski klasztor Hilda (Eldena), podpisują się kolejno: "Teodoryk, nasz kapłan, Duńczyk nasz przystaw (asystent księcia - mój przypis), Gniewomir, Witomir, Słowianin, Popiel, Sercemir i wielu innych" (Theodericus sacerdos noster, Dunyc pristallus noster, Gneomerus, Witomer, Slavus, Popel, Circimerus et alii plures). Dwaj pierwsi, najważniejsi świadkowie byli prawdopodobnie pochodzenia nordyckiego. By the way, pierwotna nazwa pomorskiego klasztoru Hilda, to zlatynizowane żeńskie imię staronordyckie Hildr, oznaczające walkę, bitwę, jedno z imion pogańskiej bogini Walkirii.

Skandynawską obecność wśród północno-wschodniej Słowiańszczyzny potwierdzał w XII wieku Gall Anonim, pisząc "Ziemia słowiańska ... ciągnie się od Sarmatów, którzy zwą się też Getami, aż do Danii i Saksonii". Niektórzy historycy wydają się nie rozumieć, dlaczego kronikarz mówi o Getach-Gotach - ludach ich zdaniem dawno już roztopionych w zamierzchłej przeszłości. Z kolei niemal współczesny Gallowi normandzki kronikarz Robert z Torigni widział związek Wikingów ze Scytami, odnotowując pod rokiem AD 876: "Pochodzący z Danii Normanowie, którym przewodził Rollon, przybyli z dolnej Scytii i najechali morzem ..." (Northmanni origine Dani duce quodam Rollon enomine a Scitia inferiore egressi atque per Oceanum vecti ...).

XVII-wieczna polska szlachta, szukając uzasadnienia swojej odrębności nie tylko majątkowej ale i rodowodowej i etnicznej od pańszczyźnianych chłopów, uznawanych przez nią za potomków prostych Słowian, przejęła z kroniki Jana Długosza "Annales seu cronici incliti regni Poloniae" i spopularyzowała pogląd o swoim tylko (podczas gdy kronikarz mówił o wszystkich Polakach) sarmackim pochodzeniu. Sarmaci opisani zostali przez greckich i rzymskich geografów jako lud bitnych, wojowniczych koczowników. Był to prawdopodobnie związek indoeuropejskich plemion o podobnej formie życia, zajmujących do IV wieku n.e. stepy czarnomorskie (skąd wyparli wcześniejszych Scytów, a i częściowo wymieszali się z nimi), po czym "rozmył się" w historii. Po IV wieku pozostały "widoczne" z tych plemion tylko Alanowie. Oto mapa europejskich ludów w basenie Morza Czarnego na początku okresu wędrówek ludów (źródło: geocurrents.info).


Jak dobrze Skandynawowie potrafili integrować się z tubylcami w swych nowych ojczyznach świadczy porównanie opisu tego ludu zamieszkującego Normandię w "Historii Normanów" Amatusa z Monte Cassino z 1080 roku z "Księgą Rogera" al-Idrisiego z 1155 roku. Ten pierwszy opisuje ich następująco: "... na końcu Francji jest równina pełna lasów i owoców rozmaitych. W tym wąskim miejscu zamieszkuje pełno ludzi bardzo żywotnych i silnych, którzy kiedyś zamieszkiwali wyspę zwaną Nora i dlatego sami nazywają się Normanami, czyli ludźmi Północy". ["... en la fin de France estune plane plene de boiz et de divers frut. En celui estroit lieu habitoit grant multitude de gent molt robuste et forte laquel gent premerement habiterent en une ysulle qui se clamoit Nora, et pour ce furent clamez Normant, autresi comme home de Nore" - odpis starofrancuski z XIV wieku, przypis mój].

Trzy pokolenia później, al-Idrisi, nadworny geograf Rogera II, normańskiego króla Sycylii, nazywa Normandię już tylko jako kraj Francuzów ("Ard Normandia al-Afrang"). Kilkaset tysięcy skandynawskich Longobardów przybyło w AD 568 do Italii i zawładnęli znaczną częścią tego kraju, ustanawiając na kilka wieków Regnum Langobardorum. Wcześnie przyjęli chrześcijaństwo (zrodzony w Bizancjum arianizm), powszechnie przyjmowali lokalny język, rzymskie tytuły władzy, nazwiska i tradycje. Już w VIII wieku - za czasów ich kronikarza o łacińskim imieniu Paweł Diakon, a longobardzkim Warnefred, nie mówiono w Longobardii (Lombardii) innym jak lokalnym, łacińskim dialektem rusticam romanum.

Podobnie musiała wyglądać absorpcja lokalnego języka i zwyczajów przez przybyłych z Rusi do Wielkopolski wareskich Polan. Za czasów Mieszka I kraju naszego nie nazywano jeszcze Polską, a narodu Polakami, ale po prostu jako "poddanych Mieszka", "kraj Mieszka", "Sclavia", "Sclavania", "Sclavensis provincie" lub "civitas Schinesghe". Samo polskie słowo "państwo" wywodzi się zresztą od słowa "pan", czyli władca, właściciel tego państwa. Nazwy Palani, Poliani, Polani, Poleni pojawiły się w różnych źródłach historycznych w mniej więcej tym samym czasie tuż po roku 1000, roku Zjazdu Gnieźnieńskiego - jakby wówczas ustanowione lub nadane. W XII wieku za Galla Anonima byliśmy już tylko "krajem Polan", "Polską", chociaż jeszcze w XIII-wiecznej "Vita sancti Stephani" slatynizowane "terra Poliensi" zdradzało pochodzenie od prasłowiańskiego słowa "polje" - tak, jak do dzisiaj jest wymawiane przez Słowian wschodnich i południowych. XI-wieczny Rocznik Hildesheimski pod AD 1003 pisze o Bolesławie Chrobrym jako o "Polianicus" - Polak, polski, a pod AD 1034 nazywa Mieszka II "Polianorum dux". Widoczne jest pochodzenie nazwy Polski od starosłowiańskiego słowa "polje" - pole.

Zwróćmy uwagę na fakt że w X wieku, zgodnie z wynikami badan palinologicznych, Wielkopolska - czyli XI-wieczne "państwo gnieźnieńskie", była niemal całkowicie pokryta lasami (inaczej, niż wśród Polan na podkijowskich stepach), a zatem wielkopolscy Polanie z XI-XII wieku nie mogli być tutaj wielowiekowymi autochtonami, a plemieniem przybyłym z terenów otwartych, które  - zgodnie z własną nazwą, były ich naturalnym habitatem, który zamieszkiwali i z którego żyli. Podobny los spotkał zdobyte przez Polan Kujawy, gdzie od XII wieku rozpoczął się intensywny wyrąb lasów, który w późniejszych wiekach doprowadził do stepowienia także tych ziem.

Nie tylko zabytki językowe, ale przede wszystkim archeologiczne wskazują coraz wyraźniej, że "Polianie" wielkopolscy pochodzili z tego samego pnia kulturowego, a zapewne i etnicznego, co ruscy Waregowie - wmieszani w rosyjską krew, jak Polanie w polską. Poniższy obraz Henryka Siemiradzkiego z 1883 roku, zatytułowany "Pogrzeb wodza Rusów" jest ciekawą alegorią zaginionego świata wikińsko-słowiańskiego.


Jeszcze w średniowiecznej Polsce mówiło się "w Polszcze", podobnie jak we współczesnym rosyjskim "w Polsze". Nie stoi więc etymologia słowa "Polska" w opozycji do dwóch źródłosłowów: od "polje" - jako bezleśnej równiny, stepu i od "Poljanie" - jako plemienia żyjącego w takiej ekumenie. Słowo "polować" pochodzi od łapania, łowienia (we wnyku, sidle) zwierząt na polu.

Opisując około AD 1113 historię ponownego (po ich wcześniejszym wygnaniu) przybycia ze Szwecji w AD 862 Waregów-Rusinów do Słowian Nestor podkreślił, że nie byli oni (już nie byli) Szwedami, co wskazywałoby że wzajemne obcowanie waresko-słowiańskie, które poprzedziło przybycie Rurika w owym roku na Ruś, musiało trwać wcześniej przez kilka pokoleń, aby Waregowie przestali być uważani za Szwedów, zapewne między innymi z uwagi na umiejętność porozumiewania się ze Słowianami w ich języku.

Przykładem pokojowego współżycia, zakończonego pełną asymilacją obcych elit rządzących z podbitymi ludami jest powstanie w I połowie XIII wieku nad dolną Wołgą pierwszego państwa tatarskiego, tak zwanej Złotej Ordy, ze stolicą w Saraju. Po wybiciu lokalnych elit rządzących, osiadły tam wraz z kilkoma tysiącami wojowników i ich rodzin mongolski chan Batu stanowili nieliczną warstwę władców wśród kilku milionów rodzimych tureckojęzycznych plemion Kipczaków (Połowców) i Bułgarów. Aby ze swoją niewielką grupą rządzącą utrzymać w posłuszeństwie podbitą ludność, pozyskiwał wśród nich autorytet nie siłą, ale tolerancją i poszanowaniem dawnych lokalnych praw i obyczajów. Już pod koniec XIII wieku bizantyjski historyk Jerzy Pachymeres i arabski historyk  Shibab al-Umari pisali o obcowaniu etnicznym i kulturowym tamtejszej arystokracji mongolskiej z podbitymi Turkami, przyjmującej stopniowo nawet lokalny język i islamską religię. W ten sposób zaczął powoli tworzyć się nowy naród zwany Tatarami, którzy za kolejnego chana Berke zerwali już zupełnie zależność polityczną od wielkich chanów mongolskich.

W swojej kronice wspomniany mnich Amatus zwraca uwagę na szybką asymilację Normanów wśród Włochów, głównie poprzez związki małżeńskie. Oto rekonstrukcja wyglądu klasztoru benedyktynów Monte Cassino w XI wieku, kiedy to dzięki darom książąt normańskich Ryszarda I z Kapui i Roberta Guiscarda z Apulii i Kalabrii, został on znacznie rozbudowany, a jego kościół udekorowany przez mistrzów bizantyjskich i konsekrowany w 1071 roku (z książki A. Pantoni « Le vicende della basilica di Montecassino attraverso la documentazione archeologica », Montecassino 1973).


Leon z Ostii, mnich odpowiedzialny za bibliotekę klasztorną i kronikarz tego klasztoru, autor "Chronicon monasterii Casinensis" i przyjaciel opata Dezyderiusza - przyszłego papieża Wiktora III, potwierdził w swojej kronice, że do opactwa przybyła z Konstantynopolu kolonia artystów ("Legatos interea Constantinopolim ad locandos artifices destinat"), którzy dekorowali wnętrza odbudowanego klasztoru. Dezyderiusz, który zanim przyjął to imię w klasztorze, miał na imię Laufer, pochodził ze starej, longobardzkiej dynastii książęcej Landufildów, a więc prawdopodobnie miał skandynawskich przodków.

Z kolei, jak dobrze Słowianie potrafili asymilować w swojej ekumenie obcych przybyszów, nawet tych którzy dominowali nad nimi militarnie lub kulturowo, potwierdza fakt że tureckie plemię Bułgarów, przybyłe pod koniec VII wieku znad dolnego Dniepru i Donu na zajęte przez Słowian Bałkany, już w IX wieku przyjęło język starosłowiański jako swój język narodowy. Język starocerkiewny zrozumiały był wówczas wśród wszystkich Słowian i przyjmowany jako język rodzimy. Zważmy, że inaczej niż w kościele łacińskim, w obrębie wpływów kościoła bizantyjskiego, którego językiem "urzędowym" był grecki, mogły w miarę swobodnie rozwijać się kościoły, nazwijmy je proto-narodowe, prowadzące liturgię i wydający pisma w lokalnych językach, na przykład w słowiańskim, armeńskim, gruzińskim, syryjskim czy koptyjskim. Z tego powodu Kodeks Nowogrodzki, najstarszy zabytek rękopiśmiennictwa ruskiego pochodzi już z przełomu X/XI wieku, podczas gdy w Polsce - od końca XI wieku już tylko "łacińskiej", najstarszym dokumentem polskiej prozy, jaki się ostał po rozpoczętym wówczas przez kościół watykański wyplenianiu śladów kościoła wschodniego, są o ponad trzy stulecia młodsze niż ruski pomnik Kazania Świętokrzyskie.

Po chrystianizacji kraju w 865 roku, za Symeona I Wielkiego, Bułgaria stała się pierwszym w świecie słowiańskim centrum literatury i kultury. Była pierwszym krajem, który wprowadził pismo do języka słowiańskiego, a także ustanowił go wspólnym dla państwa i kościoła (liturgia). Pamiętajmy, że nie tylko Słowianie i Węgrzy, ale także Saksoni, Turyngowie czy Fryzowie nie pozostawili po sobie śladów pisma przed przyjęciem chrześcijaństwa. Tłumaczone przez Bułgarów z greckiego na głagolicę, a później cyrylicę, teksty chrześcijańskie rozpowszechniane były w całym świecie Słowian (m.in. tak zwane szkoły piśmiennicze w Wielkim Presławiu i w Ochrydzie). W połowie swego panowania Symeon I porzucił turecki tytuł chana, aby przyjąć najpierw godność kniazia (księcia), a u szczytu potęgi Bułgarii tytuł cara (cesarza). To z Ochrydy pochodził św. Klemens, zeslawizowany Bułgar, bliski współpracownik greckich braci Cyryla i Metodego, którego uznać można za ojca literatury słowiańskiej, który towarzyszył im w misji chrystianizacyjnej w Morawach, Czechach i w Pannonii, a także w wyprawie na Krym po szczątki innego św. Klemensa, papieża Klemensa I. Obydwaj Klemensi są świętymi katolickimi i prawosławnymi.

8 komentarzy:

  1. Ladnie napisane, ciekawie - tylko tendencyjnie. Autor swą myśl przewodnią że wikingowie wtapiali się w Słowian i pomogli im wejść na wyższy stopień rozwoju udokumentował, ale to tylko mały wycinek prawdy. Germanie, Goci tworzyli podwaliny państwa polskiego wraz z innymi nacjami. Wikingowie to tylko mały ułamek w tej społeczności.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za komentarz. Podzielam pogląd, że pierwsze zręby państwa polskiego powstawały wśród wielu plemion i wspólnot słowiańskich o roznych odcieniach etniczno-kulturowych, których nazwy nie zachowały się w źródłach historycznych. Polanie z pewnością nie byli jedynym, a prawdopodobnie też nie autochtonicznym plemieniem, w oparciu o które powstało państwo Mieszka I.

    Staram się urealnić, uplastycznić czarno-biały mityczny obraz narodzin Polski, jaki od lat oferują nam historycy. Można powiedzieć, że jestem "tendencyjny", bo staję po jednej stronie - naukowego, a nie ideologicznego, manipulatorskiego traktowania historii. Pisane w Polsce z małej litery określenie "Wiking", w przeciwieństwie do pisanych z dużej "Norman", "Wareg", "Skandynaw", jest przykładem zmanipulowania przez naszych badaczy tego pojęcia. Na podstawie uproszczonej, jednostronnej analizy etymologicznej tego słowa nasi historycy i lingwisci nadali temu pojęciu wąskie, sloganowe znaczenie jako synonim pirata morskiego. W moim rozumieniu, zgodnym z poglądem historyków zachodnich, "Wiking" to imię własne wczesnośredniowiecznego przedstawiciela wywodzących się ze Skandynawii germańskich plemion (a więc też i Gotów) i powinne być pisane z dużej litery. Na tym tle może rodzić się nieporozumienie, dlaczego akurat tak określonej przez naszych znawców grupie zawodowej, a nie na przykład szewcom czy bartnikom nadaję nadmierne w historii znaczenie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Sarmaci to mongoidy tureckojęzyczne - bezdyskusyjnie, tysiące badań aerologicznych z badaniami genetycznymi w Rosji południowej i wschodniej Ukrainie, z czasem upodobali sobie zamieszkiwanie w Słowiańskich dworach i hutorach z kobietami Słowiankami po wymordowaniu męskiej populacji.
    Rosyjska wersja o Waregach w Polsce się nie trzyma- to byli Wenedowie obecnie 10% męskiej populacji według DNA, w przypadku Waregów -0, zero procent.
    Polanie z pod Kijowa to mutanci tatarów, Połowców i Słowian (Serbów) a także jeńców z terenów Podlasia osiedlonych pod Kijowem przez Rusów.
    Nie było migracji mutantów pod-Kijowskich do Wielkopolski.
    Polanie z Wielkopolski to Po -Lechici tak jak po-budynki, po-gorzel...

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo interesujące uwagi. Musimy jednak pamiętać, że Wenedowie to ludy zamieszkujące tereny między Wisłą i Odrą w pierwszych wiekach naszej ery, kojarzone przez jednych badaczy (zwykle polskich) ze Słowianami, a przez drugich (zachodnich) ze wschodnimi Germanami - Wandalami. Wyodrębniona na tych terenach i na południowym Mazowszu kultura archeologiczna zwana przeworską wiązana jest przez badaczy raczej z Wandalami, aniżeli Słowianami.

    Faktem jest, że w średniowieczu i w czasach nowożytnych Niemcy nazywali Słowian zachodnich (Połabianie, Pomorzanie, Łużyczanie) Wendami (Wenden).

    Badania DNA prowadzone wśród populacji zamieszkującej dzisiejszą Polskę nie mogą wyodrębnić "Waregów", bowiem ci ostatni, tak jak i "Polanie z pod Kijowa", już w dorzeczu Dniepru stali się etniczną mieszanką co najmniej słowiańsko-germańską. Fakt ten nie wyklucza więc, że Polanie z Wielkopolski mogli być albo "po-Lechitami", albo "po-Waregami".

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawa teoria. Kilka lat temu spędziłam sporo czasu w Meklemburgii i byłam zaskoczona wielką ilością słowiańskich toponimów na tym terenie. Obok są nazwy skandynawskie, co akurat jest powszechnie znane. Z kolei na wybrzeżu zachodniej Szwecji istnieją nazwy pochodzenia słowiańskiego; najbardziej znana to Bohuslan nad Skagerrakiem. Zachodni Słowianie zostali zapomniani, bo zniknęli. Oni są kluczem, jak sądzę, do wyjaśnienia związków normańsko - słowiańskich, w tym wikińsko - polskich

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję za spostrzeżenia, z którymi się również zgadzam. Moje badania nad relacjami słowiańsko-normańskimi skupiają się dotychczas przede wszystkim, być może z powodu bogatszej i łatwiej dostępnej literatury, na drogach i formach ich przenikania między Rusią a Polską. Podzielam jednak pogląd, że Słowianie Zachodni (czyli sensu largo Połabianie oraz Pomorzanie) są tym "master key". Do jego znalezienia i użycia potrzeba nie tylko mi - drobnemu badaczowi, ale i polskiej nauce (bo ta mnie obchodzi najbardziej) jeszcze wiele czasu. Problem w tym, że mało kto wśród historyków widzi potrzebę badań w tym kierunku.

    OdpowiedzUsuń
  7. Również nie rozumiem obojętności polskiej nauki (w tym archeologii) wobec historii Słowian Zachodnich.
    W Szwerinie (Skwierzynie, Zwierzyniu) szukałam w katedrze śladów sanktuarium Świętej Krwi, które było znanym obiektem pielgrzymek w XIII wieku. Utworzył je hrabia Szwerina Henryk I, mąż Piastówny Małgorzaty. Jak widać, jest wiele związków pomiędzy Piastami a władcami Pomorza Zachodniego

    OdpowiedzUsuń
  8. Niechęć ta wynika prawdopodobnie z dwóch przyczyn - z ulubionej przez naszych badaczy narracji czarno-białej: dobrzy Słowianie, źli Germanie, oraz z żywionej przez nas "urazy" wobec Słowian Zachodnich, że dali się zgermanizować, zamiast dać się wybić do nogi, do cna. Kto dziś wie,że "z krwi i kości Słowianin", książę Meklemburgii, Henryk Borwin I był w AD 1227 sprzymierzeńcem hrabiego Henryka I ze Szwerina w bitwie pod Bornhöved, gdzie pokonali ostatecznie Duńczyków, konkurujących z Saksonami o panowanie na Połabiu. To po tej bitwie zrodził się religijny kult katedry w Szwerinie i cel pielgrzymek, gdzie Henryk I złożył przywiezione w AD 1222 z V wyprawy krzyżowej kilka kropel krwi uznanej za chrystusową, a której Saksoni i Połabianie (czyli kształtujący się kulturowo i politycznie Meklemburczycy) mieli zawdzięczać pokonanie Duńczyków.

    OdpowiedzUsuń